sobota, 15 kwietnia 2017

Martine Madden "Anhusz"



Źródło




Jej oczy przepełniała jasność morza; kiedy po latach wracał do tego dnia, wspominał go jako ten, w którym się w niej zakochał. 








          Czasem w kwietniu  to niezwykle wzruszający film, opowiadający o ludobójstwie osób pochodzenia Tutsi przez ekstremistów Hutu w Rwandzie w 1994 roku. Szacuje się, że w ciągu zaledwie 100 dni życie straciło prawie milion kobiet, mężczyzn i dzieci. Wstrząśnięta i poruszona ogromem bestialstwa jakiego dopuścił się człowiek przeciwko drugiej osobie, zaczęłam przetrząsać Internet w poszukiwaniu innych, tym podobnych aktów przemocy. I niestety, mimo że człowiek to ponoć najinteligentniejsze stworzenie na ziemi, przypadki ludobójstwa w samym XX i XXI wieku można mnożyć bez liku.

          Jednym z najbardziej krwawych, zaraz po Holokauście, jest rzeź Ormian w Imperium Osmańskim w latach 1915-1917. Szacuje się, że na skutek tych wydarzeń życie straciło ponad 1,5 mln ludzi, a liczebność ludności ormiańskiej w Turcji zmalała z 2 mln do zaledwie 300 tysięcy. Mimo że jest to jeden z najlepiej udokumentowanych przypadków ludobójstwa, założę się, że gdybym zapytała 10 przypadkowych osób, 8 nie miałoby pojęcia o co chodzi. To smutne, ponieważ jak powiedział George Santayana „Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, skazani są na jej powtarzanie”. Dlatego dziś, przychodzę do Was z recenzją Anhusz Martine Madden, którą z czystym sumieniem mogę ogłosić jedną z najlepszych powieści obyczajowych 2017 roku jaką czytałam.

          Rok 1914, mała, urokliwa wioska na wybrzeżu Morza Czarnego. Anhusz, młoda Ormianka marzy o życiu z dala od swojej niewielkiej, niedającej żadnych perspektyw wiosce. O życiu bez strachu przed grabieżami i gwałtami ze strony tureckich żołnierzy. Niestety, nadchodząca wojna nie zwiastuje ziszczenia tych marzeń. Pewnego dnia poznaje Dżahana, tureckiego oficera stacjonującego w wiosce i chociaż powinna czuć do niego strach i nienawiść, zakochuje się w nim. Młodzi wdają się w niezgodny z prawem i powszechnymi zwyczajami romans, których oboje może doprowadzić do zguby. Z  czasem kochankowie zostają rozdzieleni, a Anhusz musi walczyć o przeżycie dla siebie i swojej rodziny. Po dwóch latach Dżahan wraca z rozkazem przesiedlenia wszystkich Ormian. Zdaje on sobie sprawę, że przesiedlenia to tylko zasłona dymna, a prawda jest dużo bardziej przerażająca niż ktokolwiek był skłonny przypuszczać.

          Anhusz to przepiękna, na długo zapadająca w pamięć opowieść o miłości dwojga ludzi, których nigdy nie powinno połączyć uczucie. To opowieść o stracie i poświęceniu. To także historia o wojnie, o zezwierzęceniu ludzi, o bestialstwie i okrucieństwu jakie człowiek potrafi zgotować drugiej osobie. Jest to jedna z tych pozycji, obok której nikt nie jest w stanie przejść obojętnie.

          Wydarzenia opisane w książce widzimy z perspektywy trzech głównych bohaterów: Anhusz, Dżahana i doktora Stewarta. Ten ostatni niezwykle mnie irytował, ponieważ był on strasznie naiwny. Wszystko starał  się wytłumaczyć statutami prawa i kodeksami, nie biorąc pod uwagę mrocznej strony ludzkiej natury, co jako lekarz powinien znać chyba najlepiej. Cieszę się jednak, że autorka nie zrezygnowała z tej postaci, ponieważ był on głosem wielu osób tamtej epoki, którzy do końca nie wierzyli, że rzeź Ormian stanie się faktem.

          Zabierając się za powieść obawiałam się przesłodzenia i schematyczności w historii miłosnej. Jak każdy wie, od romansów uciekam jak od ognia, bo wszystkie wydają mi się na jedno kopyto. I chociaż tutaj łatwo się domyśleć historii pokroju Romeo i Julia, przedstawiona jest ona w sposób stonowany i wywarzony. Losy Anhusz i Dżahana wciągnęły mnie na tyle, że książkę dosłownie połknęłam w ciągu jednego dnia. Z zapartym tchem wyczekiwałam zakończenia tej historii, które swoją drogą zostało otwarte. Osobiście nie przepadam za takimi zakończeniami, lubię na 100% wiedzieć, kto przeżył, kto z kim na koniec się związał, a nie przypuszczać czy moja wersja zdarzeń jest zgodna z wersją autorki. Nie mniej nie rzutowało to na moją końcową ocenę tej powieści.

          Najmocniejszym atutem książki oprócz, bardzo ładnie nakreślonych postaci i wątku miłosnego, jest tło historyczne. Wydarzenia opisane w powieści nabierają zupełnie nowej mocy, gdy czytelnik uświadomi sobie, ze działo się to zaledwie 100 lat temu. To nie czasy starożytności czy średniowiecza, ale historia nowożytna, a mimo to człowiek był zdolny do takiego bestialstwa i zdolny jest nadal. Skłania to do pewnych refleksji i przemyślenia niektórych spraw.  Pamiętajmy, że to my jesteśmy nowym pokoleniem i to od nas zależy jak zapiszemy się na kartach historii świata.

          Anhusz to książka, którą czyta się niezwykle łatwo i przyjemnie, mimo trudnej tematyki poruszonej w powieści. Trzeba przyznać, ze autorka naprawdę ma talent, ponieważ nie każdy potrafiłby opisać w taki sposób wszystkie te potworne wydarzenia, których jesteśmy światkami. Serdecznie polecam tą książkę wszystkim, którzy czują się na siłach aby zagłębić się w historię Anhusz i Dżahana. Z pewnością nie jest to najmocniejsza powieść o takiej tematyce, aczkolwiek warto zapoznać się z tą pozycją i wydarzeniami w niej opisanymi. 

środa, 5 kwietnia 2017

Elżbieta Cherezińska "Korona śniegu i krwi"



źródło 





"Jeden krok dzieli odwagę od okrucieństwa, chwałę od pychy i miłość od nienawiści. I potęgę od rozpadu."







          Początki państwa polskiego sięgają X wieku, kiedy to książę Mieszko I przyjął chrzest, i włączył kraj w poczet państw chrześcijańskich Europy. Był on pierwszy, z panującej ponad 400 lat dynastii Piastów. Od tego momentu rozpoczęła się niezwykle barwa i fascynująca historia pełna wielkich bitew, niezapomnianych triumfów, mariaży, sojuszy ale także namiętności, zdrad czy intryg.

          W roku 1138, na mocy testamentu Bolesława Krzywoustego kraj został podzielony na dzielnice, w których władzę mieli sprawować jego synowie. Miało to zapobiec bratobójczym walkom o sukcesje na polskim tronie. W rzeczywistości spowodowało rozdrobnienie państwa polskiego na coraz mniejsze, w znacznej mierze niezależne, władztwa terytorialne. Brak jednego władcy i współpracy między poszczególnymi książętami, przyczynił się do osłabienia państwa, zahamowania ekspansji na inne kraje, a także utraty znacznej części terytorium. 

          Marzenia o zjednoczeniu kraju i pokonaniu klątwy rozbicia miało wielu władców. Przemysł II wraz z stryjem Bolesławem - książęta wielkopolscy, Henryk - książę Śląska, Władysław zwany Karłem czy Bolesław władca dzielnicy senioralnej, książę Krakowa. Wszyscy oni marzyli o dniu, gdy pod swoim berłem zjednoczą królestwo i włożą na skroń koronę króla Polski. Jednak droga do tronu nigdy nie była prosta. Skłóceni książęta najeżdżający swoje ziemie, porwania, zabójstwa i nieprzewidywalni  sąsiedzi to tylko czubek góry lodowej niebezpieczeństw z jakimi musza się zmierzyć bohaterowie. Czy któryś z nich pokona klątwę rozbicia? Kto zginie, a kto wyjdzie zwycięsko okryty chwałą ? Czy biały orzeł znów rozwinie skrzydła po latach spętania? To wszystko w powieści Elżbiety Cherezińskiej Korona śniegu i krwi

Polska w okresie rozbicia dzielnicowego
         Pierwsza opinia z jaką spotkałam się odnośnie Korony śniegu i krwi brzmiała, że jest to polska Gra o Tron. Zaintrygowana i skuszona pozostałymi pozytywnymi recenzjami (Rosa pozdrawiam!) , sama postanowiłam sprawdzić czy i mnie urzeknie średniowieczny świat wykreowany przez p. Elżbietę. Jeżeli chodzi o ten gatunek jestem wyjątkowo wybredna. Czasy od starożytności, średniowiecza i nowoczesności do XVII wieku to mój ulubiony „okres” w dziejach ludzkości. Pełny wspaniałych bitew, odkrywania nowego świata no i przede wszystkich fascynujących, niezwykle niebezpiecznych dynastii, krwawo walczących o przejęcie władzy. Nic więc dziwnego, że poprzeczka została postawiona niezwykle wysoko. Ku mojej ogromnej radości Korona śniegu i krwi z łatwością przeskoczyła tą poprzeczkę, ustanawiając ją jeszcze wyżej. 

          Trzeba przyznać, że okres rozbicia dzielnicowego to ciemna plama na historii naszego narodu. Chociaż, każdy z nas potrafiłby wymienić chociaż 4-5 bardziej znanych królów czy książąt, to na pewno tylko nieliczni wiedzą czym było rozbicie dzielnicowe, za czyją sprawą i jakie wiązały się z tym konsekwencję. Mimo że okres panowania Piastów jest mi niezwykle bliski, sama gubiłam się i nie potrafiłam wskazać z imienia książąt poszczególnych dzielnic. Elżbieta Cherezińska postanowiła przybliżyć czytelnikom ten okryty mgłą tajemniczości okres, w niezwykle przyjemny sposób. Była to pewnego rodzaju wciągająca lekcja historii, której z uwagą słuchałby każdy, nawet najbardziej znudzony uczeń. 

          Dzisiaj, trochę inaczej niż zwykle, ale zacznę od tego co mi się w tej powieści nie podobało. Może nie podobało, to za duże słowo, ale brakowało mi na pierwszych stronach, drzewa genealogicznego Piastów. Wystarczyło proste drzewko od ojca rozbicia dzielnicowego do bohaterów, których losy śledzimy na kartach powieści. Mimo że w książce co jakiś czas, przypominane są koligacje rodzinne, miło by było zapoznać się z nimi na samym początku i w razie potrzeby do niego wrócić. Spis wszystkich poszczególnych książąt z podziałem na dzielnicę znajduje się na końcu, aczkolwiek nie radę zaglądać do niego wcześniej, ponieważ można tak jak ja, niektóre rzeczy, niechcący sobie zaspojlerować. 

          Co do tego, co mi się podobało odpowiedź brzmi: wszystko. Wspaniali, wielobarwni, nie pozbawieni ludzkich słabości i zmartwień bohaterowie, wartka akcja, no i przede wszystkim, realistyczne i dopracowane w każdym szczególe opisy strojów, uczt, zamków, bitew czy turniejów rycerskich. Autorka wykonała naprawdę kawał dobrej roboty, ponieważ dzięki temu czytelnik wręcz przenosi się w miejsca przez nią opisywane. Razem z możnowładcami i książętami pije i je na ucztach, stacza krwawe bitwy czy uczestniczy w kruchych pertraktacjach pokojowych. Co więcej, autorka nie zapomniała o kobiecych bohaterach, i chociaż w tej powieści pierwsze skrzypce grają mężczyźni, możemy znaleźć kilka naprawdę intrygujących, żeńskich postaci. Na marginesie, moją ulubioną na zawsze pozostanie Rikassa, którą uwielbiam od pierwszej chwili.

          Elżbieta Cherezińska powieścią Korona śniegu i krwi szturmem uplasowała w czołówce moich ulubionych autorów powieści historycznej. W sposób niezwykle przyjemny, a przede wszystkim ciekawy, opowiedziała historię mniej znanych, a jakże ważnych dziejów naszego kraju. Z niezwykłą przyjemnością sięgnę po kolejny tom Niewidzialna korona i ponownie wsiąknę w czas wielkich władców. Co do określenia Korony jako Gry o Tron muszę się nie zgodzić, ta pierwsza jest zdecydowanie lepsza :)

         Koniecznie dajcie znać czy czytaliście już Koronę lub inną książkę tej autorki i jak Wam się podobała. Ja jestem zachwycona i polecam ją wszystkim czytelnikom, a już na pewno jest to pozycja obowiązkowa dla osób interesujących się historią Polski :)


środa, 29 marca 2017

Trudi Canavan „Gildia Magów”


źródło 




Wiesz dobrze, że ukrywanie tajemnic za drzwiami wymaga pewnej praktyki. Im bardziej martwisz się o to, że coś się wyda, tym trudniej ci to ukryć.








       J.R.R. Tolkien to człowiek, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Genialny autor trylogii Władca Pierścieni, którego książki sprzedały się w milionach egzemplarzy, a ekranizacje podbiły kina na całym świecie. Rzeczywistość wykreowana przez tego autora jest genialna, imponująca, rozległa, magiczna i nie do podrobienia. Odważni i charyzmatycznie bohaterowie na zawsze pozostaną w sercach i umysłach milionów czytelników. Nic więc dziwnego, że po sukcesie Władcy Pierścieni rozpoczęła się prawdziwa epoka powieści fantastycznej. Jednym z owoców tego okresu jest powieść Trudi Canavan Gildia Magów, która otwiera trylogię Czarnego Maga

        Sonea od zawsze nienawidziła magów, potężnych czarodziejów zamieszkujących Kyralie. Nic dziwnego, co roku nadzorowali oni Czystkę, usuwając z wewnętrznych ulic miasta wszystkich biedaków, bezdomnych, czy ludzi takich jak Sonea, nie mających pieniędzy na opłacenie coraz to wyższych czynszów. Pewnego razu, oglądając ten potok ludzkich cierpień coś w niej pękło i w ramach protestu rzuciła kamieniem w grupkę magów, a ten przebił magiczną barierę i uderzył jednego z czarodziei w głowę. Jak to się stało? Przecież ochronnej tarczy nie może przebić zwykły kamień, chyba że został rzucony przez maga. W tej samej chwili nie tylko Sonea, ale i magowie zdają sobie sprawę z jej magicznych zdolności, a dziewczyna musi uciekać by nie zostać pojmaną i zabitą. Jednak uwolniona moc Sonei z dnia na dzień rośnie, zagrażając nie tylko jej samej ale i całemu miastu.

         Trudi Canavan to autorka, z którą wiązałam ogromne nadzieje. Rzadko czytam fantastykę, mimo że swego czasu był to mój ulubiony gatunek. Zbyt wiele razy spotkałam się z banalnymi i przewidywalnymi historiami oraz oklepanymi, schematycznymi bohaterami. Wszystko to sprawiło, że od dłuższego czasu całkowicie zapomniałam o tym gatunku i zwróciłam się ku moim ukochanym kryminałom. Pewnego razu, skuszona pięknie wyglądającą kolekcją na półce mojego kolegi, postanowiłam dać autorce szansę i powrócić do fantastyki w wielkim stylu.  Jednak i tym razem przyszło ogromne rozczarowanie.

         Zacznę od tego, że pierwsza część trylogii, Gildia Magów jest do bólu przewidywalna. Po przeczytaniu pierwszych kilku rozdziałów byłam w stanie powiedzieć jak będzie wyglądać zakończenie i niestety się nie pomyliłam. Historia niczym nie zaskakuje, a akcja ciągnie się niemiłosiernie. Pierwsza połowa, a nawet ¾ powieści, to opowieść o ucieczce Sonei przed magami. Ona ucieka, oni ją gonią, ona im się wymyka, a oni znów próbują ją złapać. 300 stron zabawy w Kojota i Strusia Pędziwiatra. Tak naprawdę dopiero na 3-4 ostatnich rozdziałach mamy szansę poczuć odrobinę tej słodkiej niepewności i miłego zdenerwowania. Całość, mimo ogromnego potencjału jest po prostu nudna.

          Niestety bohaterowie też nie ratują sytuacji. Sonea dziewczyna ze slamsów odkrywa w sobie wielką moc, która może przerastać talent Wielkiego Mistrza. Nagle z dnia na dzień, ze zwykłej nastolatki staje się zagrożeniem dla całej Gildii. Ile razy czytaliśmy o takich bohaterach, samotnie ratujących świat, szlachetnych, odważnych rycerzach bez skazy na dodatek niewyobrażalnie pięknych. Brakuje tylko, aby dziewczyna dowiedziała się , że jest potomkinią najstarszego i najwspanialszego rodu czarodziei w całej Kyralii. Trzecia część trylogii nadal przede mną, więc wszystko jest możliwe.

         Aby nie być taką całkiem krytyczną, bądź co bądź Gildia Magów to literacki debiut autorki, wspomnę o dwóch rzeczach, które przypadły mi do gusty. Pierwsza, to tytułowy wątek Czarnego Maga. W tej części został on jedynie delikatnie nakreślony, ale w drugiej gra on już pierwsze skrzypce i powiem, że jest naprawdę ciekawy, interesujący i nieprzewidywalny. Po za tym, autorka całkiem zgrabnie nakreśliła miasto Imardin, w którym toczy się akcja powieści, jak i samą siedzibę magów. Z przyjemnością czytałam fragmenty opisujące Kyralie, tym bardziej , że nie są opisane topornie, a samą książkę czyta się stosunkowo łatwo i lekko.  

        Gildia Magów Trudi Canavan to książka, którą się szybko czyta, ale również szybko o niej zapomina. Mimo ogromnego potencjału, akcja ciągnie się niemiłosiernie i jest mocno przewidywalna. Być może moja ocena jest spowodowana tym, że książka została wydana w 2001 roku i wtedy panowały inne standardy. Nie jest to jednak dla mnie wytłumaczenie, bo inne starcze powieści fantasty jak chociażby te autorstwa Tolkiena, są wiecznie żywe i interesujące. Na szczęście jestem masochistką i nie znoszę zostawiać serii lub książek niedoczytanych, więc drugi tom „Nowicjusza” już za mną. Mogę wam obiecać, ze tam jest zdecydowanie lepiej, akcja jest bardziej dynamiczna, no i wątek Czarnego Maga jest dużo bardziej rozbudowany. Decyzję o przeczytaniu pierwszego tomu zostawiam Wam, drodzy książkoholicy. Być może recenzja drugiej części bardziej zachęci Was do poznania losów Sonei, Rothena, czy Akkarina. 


środa, 22 marca 2017

Remigiusz Mróz „Behawiorysta”


źródło




Do sądu przychodzi się po wyrok, a nie po sprawiedliwość. 









          Wagonik kolejki wyrwał się spod kontroli i pędzi w dół po torach. Na jego drodze znajduje się pięciu ludzi przywiązanych do torów przez szalonego filozofa. Ale możesz przestawić zwrotnicę i w ten sposób skierować wagonik na drugi tor, do którego przywiązany jest jeden człowiek. Co powinieneś zrobić?

         Ten eksperyment myślowy zwany dylematem wagonika, został wprowadzony przez Philippe Foot do analizy systemu wartości, logicznych niekonsekwencji w myśleniu wskazujących na nieuświadomione aksjomaty moralne. Krótko mówiąc, w celu określenia rozumowania przez nas moralności. Czy lepiej poświęcić jednostkę w celu ratowania większości, czy może życie każdego człowieka jest równie cenne? A może nie należy robić nic i zdać się na los? Na te pytania chyba nie ma dobrej odpowiedzi, na szczęście sytuacja ta pozostaje jedynie w sferze rozważań filozoficznych i psychologicznych. W powieści Behawiorysta Remigiusza Mroza dylemat wagonika ożywa z całą brutalnością.

          Jeszcze kilka lat temu Gerard Edling był szanowanym, rozpoznawalnym w Polsce i za granicą, naczelnikiem Wydziału V Śledczego w prokuratorze okręgowej. Jego niezwykła zdolność do analizy i interpretacji ludzkich zachowań, nie raz doprowadziła do rozwiązania skomplikowanej zagadki. Dziś, przez sprawę z dziewczyną, to skompromitowany mężczyzna w średnim wieku, który otrzymał wilczy bilet i nie ma możliwości powrotu do zawodu. Pewnego dnia, zdarza się okazja.  W jednym z opolskich przedszkoli zabarykadował się uzbrojony mężczyzna, grożąc że zabije wychowawców i dzieci. Sprawa jest o tyle przerażająca, że całe zajście emitowane jest przez Internet, i to obserwujący transmisje mają zadecydować kto zginie, a kto uniknie śmierci. Czas upływa, a policja i prokuratura są bezsilne. Nikt nie wie, dlaczego szaleniec wziął zakładników i jakie są jego żądania. Niedługo przekonają się, że atak na przedszkole to dopiero początek, a sprawa jest dużo bardziej zawiła i przerażająca niż by się mogło wydawać.

        Bardzo długo broniłam się przed twórczością Remigiusza Mroza. Jest to najlepszy przykład, że mam dystans do osób nad którymi inni się zachwycają. Ciągle słyszałam o nim tylko Ochy i Achy, jaki to Remigiusz Mróz nie jest wspaniały, że najlepszy, że niepowtarzalny. Najnormalniej w świecie byłam p. Remigiuszem zmęczona, ponieważ wszędzie było go pełno, a najnowsze powieści były wydawane z prędkością światła. Gdy inni w ciągu dwóch lat wydadzą jedną maksymalnie dwie książki, Mróz wydawał ich sześć, a może i więcej. Wszystko to spowodowało, że pierwszą książkę tego autora przeczytałam dopiero w połowie marca 2017 roku i był nią właśnie Behawiorysta.

       Jest to niezwykle ciekawa, wciągająca i krwawa historia o ludzkiej psychice, o pojmowaniu przez nas moralności na tle wielkiej zbrodni i skomplikowanej zagadki. Nie dziwi mnie już, że książka została okrzyknięta bestsellerem, ponieważ ma wszelkie do tego predyspozycje. Ciekawą  historię i genialnych, bardzo dobrze wykreowanych bohaterów Gerard Edling, Behawiorysta jest charyzmatyczny i bardzo autentyczny w swej odmienności. To człowiek kulturalny, ekscentryczny,  sztywno trzymający się zasad savoir-vivre, ale nie pozbawiony ludzkich słabości. Beata Drejer, była podwładna Edlinga, która zastąpiła go na stanowisku naczelnika, to kobieta konkretna i ambitna. Mimo wszystko potrafi przyznać się do swojej niewiedzy i zaryzykować zwrócenie się o pomoc, do zwolnionego dyscyplinarnie Behawiorysty. Autor nie zaniedbał także bohaterów drugoplanowych i epizodycznych. Wszyscy otrzymali unikalne cechy, przez co szybko zapadają w pamięć, a jednocześnie uniknęli przerysowania.

         Jeżeli chodzi o samą historię, to jest ona zawiła, krwawa i nieprzewidywalna do końca, czyli trio które lubię najbardziej. Książka wciąga od pierwszej strony i zanim się obejrzałam, sama podejmowałam decyzje kogo bym uratowała, a kogo skazała na śmierć. Mimo że nie chciałam, zrobiłam to podświadomie, przez co wkręciłam się w sytuacje jeszcze bardziej. Bardzo podobało mi się również, że autor nie „przesłodził” całej historii. Ci którzy nie czytali, pewnie zastawiają się, jak można „przesłodzić” historię, gdzie jakiś psychopata trzyma pistolet przy głowie dziecka. Nie chce zdradzać za dużo, ale porównam Behawiorystę, do Hollywoodzkich filmów akcji na przykład Szklanej Pułapki, czy innych tego typu. W takim filmie, główny bohater samotnie walczy przeciwko całemu złu na tym świecie, rozwala połowę miasta, a na koniec dostaje jeszcze medal za odwagę. Tutaj czegoś takiego nie ma, popełniłeś zbrodnie, zostaniesz ukarany, krótka piłka. Jeżeli chodzi o rozwiązanie całej zagadki, wydaje mi się ono delikatnie naciągane i przekombinowane. Takie zakończenie pozwala na dopasowanie wszystkich elementów układanki, ale mimo to liczyłam na coś odrobinę innego. Nie mniej, nie wpływało to na mój odbiór powieści jako całości i nadal uważam, że Behawiorysta to świetny kryminał.

        Jedne do czego mogę się przyczepić i zrobię to z największą przyjemnością jest „sprawa z dziewczyną”. Nawet nie samo jej rozwiązanie, ale to, że wszyscy bohaterowie, od głównych do pobocznych, non stop o tym mówią nie zdradzając szczegółów. Wiem, że był to zabieg celowy, często obserwowany  w różnych gatunkowo powieściach. Główny bohater ma tajemnice, która wpływa na jego przeszłe i teraźniejsze życie, i dopiero na koniec dowiadujemy się co to jest.  Rozumiem, że wyjaśnienie czym była ta „sprawa z dziewczyną” musiało znaleźć się na końcu, ale po co wspominać o niej po pięć razy na rozdział. W jednym dialogu znalazłam chyba cztery nawiązania do tej sprawy. Z góry przepraszam wszystkich studentów prawa, ale czytając te fragmenty, miałam wrażenie, że rozmawiam z tym typowym studentem prawa z kawałów, który ciągle powtarza, że studiuje prawo. Gdy jeszcze raz sięgnę po Behawiorystę, a stanie się to na pewno, pokuszę się o policzenie ile razy padło wyrażenie „sprawa z dziewczyną”.

        Behawiorysta Remigiusza Mroza to książka, obok której nie może przejść obojętnie każdy miłośnik thrillerów i kryminałów. Bardzo dobrze wykreowani bohaterowie, genialna historia, która wciąga od pierwszej strony i nieprzewidywalne zwroty akcji, to kwintesencja tej powieści. Z wielką przyjemnością sięgnę po inne książki tego autora, chociażby po serię z Chyłką i Zordonem.  Żywię tylko ogromną nadzieje, że tam nie natrafię na żadną „sprawę z dziewczyną” :D

niedziela, 12 marca 2017

Marc Elsberg "Blackout"



źródło





Dla tego społeczeństwa nie liczą się ludzie tylko zwiększanie zysków. Dla nich wspólnota to jedynie czynnik kosztowy.  Środowisko to źródło zasobów. Wydajność jest jego modlitwą, porządek relikwiarzem, a ego bogiem. 







          Zastanawialiście się kiedyś jak wyglądał by świat gdyby nie wynaleziono elektryczności? Gdybyśmy nadal żyli jak ludzie w XV czy XVI wieku? Zamiast smsów i telefonów tradycyjne telegramy i  listy, telewizję zastępowałyby książki, a wirtualnych znajomych prawdziwe i szczere przyjaźnie. Nie jestem zwolenniczką postępu, w którym miarą popularności jest liczba „lajków” lub obserwujących na Istagramie, dlatego widziałam pewne zalety w powrocie do poprzedniego tysiąclecia. Jednak Marc Elsberg, a właściwie Marcus Refelsberg w swojej książce Blackout uświadomił mi, jakie ryzyko niesie za sobą długotrwała, ogólnokrajowa przerwa w przepływie prądu i z jakimi konsekwencjami się to wiąże. Wizja jest o tyle przerażająca,  co realna, zdolna do ziszczenia swoich obietnic w każdej chwili.

          Gdy pewnego zimowego wieczoru w całej Europie następuje przerwa w przepływie prądu ludzie są zagubieni i zdezorientowani. Brak prądu, czyli brak możliwości naładowania telefonu, podłączenia się do sieci czy chociażby obejrzenia aktualnych wiadomości wyjaśniających ten stan rzeczy. Zamiera komunikacja oraz transport, ponieważ bez odpowiednich pomp nie ma możliwości napełnienia baku paliwem. Wypadki drogowe, spowodowane niedziałającą sygnalizacją i oświetleniem, zapełniają szpitale po brzegi, a te bez odpowiednich leków i maszyn nie są w stanie udzielić wszystkim koniecznej pomocy. Brak żywności i wody, tragiczny stan sanitarny, grabieże i kwitnący czarny rynek to tylko nieliczne z problemów z którymi muszą się zmierzyć nasi bohaterowie. Jednak mimo zaangażowania całej rzeszy ludzi, nikt nie jest w stanie powiedzieć, co się właściwie stało i  kto za tym stoi.
          Dopiero Pierro Manzano włoski haker i  uczestnik antyrządowych demonstracji wpada na trop sprawców odpowiedzialnych za całe zamieszanie.  Odkrywa, że ktoś dokonał manipulacji w inteligentnych licznikach prądu, co może być przyczyną awarii. Zgłasza to odpowiednim władzom jednak nikt nie chce poświęcić mu nawet chwili uwagi. Mimo wszystko postanawia przemierzyć tysiące kilometrów aby poinformować odpowiednie służby o możliwym ataku terrorystycznym na  Europę. Ze względu na swoją przeszłość Pierro staje się jednym z głównych podejrzanych. Teraz musi nie tylko odkryć sposób aby przywrócić zasilanie, znaleźć osoby za to odpowiedzialne, ale także udowodnić swoją niewinność. Towarzyszy  mu w tym młoda dziennikarka Lauren Shannon, która w całej sytuacji widzi szansę wybicia się na szczyt medialnych elit.

          Mimo że Blackout to książka stosunkowo długa dla mniej wprawionych z pewnością zbyt długa uważam, że jest to pozycja warta uwagi. Nie dlatego, że autor oczarował mnie swoim stylem i błyskotliwością, pięknymi opisami czy wybitnie nakreślonymi postaciami. Nic z tych rzeczy. Zainteresował i wciągnął mnie problem z jakim przychodzi nam się zmierzyć. Zawsze doceniam i polecam książki, które czegoś uczą, coś uświadamiają. I właśnie taką powieścią jest Blackout.

          Nigdy wcześniej nie zdawałam sobie sprawy w jak wielu aspektach naszego życia niezbędna jest elektryczność. Być może dlatego, że nigdy nie zdarzyło mi się doświadczyć długotrwałej awarii. Prąd płynie w gniazdkach, bo tak jest, obecnie to żaden luksus zwykła codzienność. Niecodziennością staje się dopiero moment gdy tego prądu zabraknie. Jednak brak napięcia oznacza nie tylko rezygnację z komputera, telewizji czy światła. Ogólnokrajowa czy nawet regionalna awaria oznacza, że wodociągi nie mają wystarczająco energii, aby przepompowywać wodę do mieszkań, przez co ani nie zaparzymy herbaty, ani nie spłuczemy nieczystości z  toalet i sanitariatów. Brak prądu oznacza, że lodówki przestają działać przez co całe jedzenie ulega zepsuciu, a spożywanie go grozi poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi.  Sklepy czy banki nie działają przez co nie zakupimy odpowiednich zapasów, a nawet jeżeli jakiś hipermarket udałoby się otworzyć, można sobie wyobrazić jakie oblężenie by przeżywał. Biję się w pierś, ale gdyby historię przenieść z krainy fikcji do rzeczywistości, w żaden sposób nie jestem zabezpieczona na taką ewentualność. I szczerze wątpię czy ktokolwiek z Was jest przygotowany na taką sytuację. A nawet jeśli bylibyśmy, to czy pomyśleliście o elektrowniach atomowych? Do ich chłodzenia niezbędny jest prąd, a jego brak grozi szeregiem awarii a w ostateczności stopieniem rdzenia, który doprowadziłby do powtórzenia sytuacji z Czarnobyla. Jedna awaria to tragedia, która pochłania tysiące istnień, wyobrażacie sobie gdyby do takiej awarii doszło by nie raz, nie dwa, a kilkanaście razy ? Ludzkość sama by się unicestwiła. Właśnie dlatego Blackout powinien przeczytać każdy, od prostego urzędnika, robotnika czy ekspedientki po polityków na wysokich stanowiskach. Opowiedziana przez autora historia z niezwykłą brutalnością przedstawia jak bardzo bezbronni jesteśmy, jak łatwo zabić setki czy tysiące istnień doprowadzając tylko do wyłączenia prądu…
          Przyznam, że jednym z problemów jakie napotkałam czytając tą książkę jest ogromna ilość opisów technicznych, parametrów i zupełnie nie zrozumiałych dla mnie słów z branży informatycznej. Z techniką prawdę mówiąc nie bardzo za sobą przepadamy, dlatego Blackout czytało się naprawdę ciężko i topornie. Intrygująca zagadka została stłamszona przez zbyt rozległe opisy. Wierzę, ze historia wiele by zyskała, gdyby zostały one nieco skrócone, a niektóre fragmenty całkowicie pominięte.  

          Kolejnym dla mnie problemem, było namnożenie obcobrzmiących imion i nazwisk. Nigdy nie uczyłam się niemieckiego, francuskiego czy holenderskiego  dlatego tak duża ilość nazwisk z tamtych rejonów naprawdę sprawiała mi trudność, szczególnie, że niektóre są mocno do siebie podobne. Zdaję sobie sprawę, że autor jest Austriakiem, dlatego było dla niego oczywiste opisywanie takich a nie innych postaci, tak samo jak dla Brytyjczyka byłoby używanie angielskich nazwisk, a dla Polaka polskich. Jednak, taka mnogość postaci ma swój urok dzięki temu awarię  mamy przedstawioną z różnych perspektyw i myślę, że przez to cała sytuacja jest przedstawiona w sposób tak bardzo obrazowy i realny. Gdyby autor skupiłby się wyłącznie trzech, czy czterech postaciach nie miałoby to takiego wydźwięku, a tak na kartach powieści obserwujemy zarówno rodzinne dramaty jak i walkę o władzę.
          Nie sposób nie wspomnieć o pięknej, minimalistycznej okładce. Jest prosta, mroczna i od razu wprowadza czytelnika w historię.

          Podsumowując, książka długa, przez opisy procedur ciężka, jednak jest to jeden z lepszych thrillerów naukowych jakie czytałam. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, inżynierowie szeroko rozumianą technikę, miłośnicy kryminałów zagadkę, a bardziej subtelni odbiorcy nawet romans. Problem ukazany w powieści uderza w czytelnika z całą siłą, ukazany jest w sposób obiektywny, przez zbędnego upiększania, przez co widmo takiej sytuacji staję się jeszcze bardziej realne.  Ja jestem całkowicie na tak i chętnie sięgnę po  kolejną powieść Macka Elsberga licząc, że i tym razem zaserwuje mi terapie szokową, która mną  wstrząśnie ale również uświadomi.   


środa, 8 marca 2017

Jodi Picoult "Bez mojej zgody"


Źródło 




Każdy samotnik, choćby się zaklinał, że tak nie jest, pozostanie samotny nie dlatego, że lubi, ale dlatego, że próbował stać się częścią świata, ale nie mógł, bo doznawał ciągłych rozczarowań ze strony ludzi. 







Zastanawialiście się kiedyś, jak wiele jesteście w stanie poświęcić, aby ratować życie i zdrowie ukochanej osoby? Rodziców, rodzeństwa, małżonka czy dzieci? Osobiście, zaprzedałabym dusze samemu diabłu jeżeli miałoby to cokolwiek pomóc. Niestety czasem, zdarza się, że wszystkie podejmowane próby są z góry skazane na porażkę, a kolejne terapie to tylko odwlekanie nieuniknionego. Czy wówczas, widząc jak ukochana osoba cierpi, jak wielki odczuwa ból, również walczylibyśmy o te kilka dni czy tygodni więcej? Czy raczej, pozwolilibyśmy danej osobie odejść w spokoju, w gronie rodzinnym, a nie w szpitalnej izolatce?  Przed takim właśnie dylematem staje rodzina Fitzgeraldów.  

        Anna jest zdrową, młodą dziewczyną, a mimo to, połowę  zaledwie trzynastoletniego życia spędziła w szpitalu. Nie raz oddawała krew, czy była poddana skomplikowanemu zabiegowi. Wszystko dla ukochanej siostry Kate, która w wieku dwóch lat zapadła na bardzo ostrą białaczkę promielocytową. Anna zdaje sobie sprawę, że została poczęta metodą in vitro, by jej tkanki wykazywały dużą zgodność z tkankami starszej siostry. I tak od chwili narodzin, jej krew i szpik ratują życie Kate, mimo to białaczka wraca, stopniowo wykańczając organizm dziewczyny. Gdy jej nerki przestają pracować, jedyną szansą jest przeszczep, od spokrewnionego dawcy – Anny. Jednak, tym razem, nastolatka buntuje się i nie chce poddać się zabiegowi. W tym momencie rozpoczyna się batalia sądowa, pomiędzy rodzicami a córką, która na zawsze podzieli rodzinę, a której stawką jest życie i zdrowie Kate.

Rzadko spotykam się z książkami z literatury obyczajowej, które doprowadziłyby mnie do łez. Jestem jedną z tych osób, które potrafią rozpłakać się na reklamie telewizyjnej, ale w przypadku książek pozostają niewzruszone. Nie płakałam nawet na Zanim się pojawiłeś, które do tej pory uważałam za najsmutniejsza  historie jaką czytałam. Natomiast w przypadku Bez mojej zgody Jodi Picoult, którą dzisiaj dla was recenzuję, ryczałam jak bóbr. Książkę skończyłam czytać o 2:15 i do godziny 4 nad ranem nie mogłam się uspokoić.

Jest to niezwykle wzruszająca historia o śmiertelnie chorej, młodej dziewczynie Kate i jej najbliższych.  Narratorami w poszczególnych rozdziałach są członkowie rodziny Fitzgeraldów, adwokat Campbell oraz kurator Julia. Dzięki temu zabiegowi, możemy wysłuchać historii z różnych perspektyw, poznać różne stanowiska i zobaczyć jak choroba dziecka wpływa na poszczególnych członków rodziny. Co więcej, sama Kate zostaje dopuszczona do głosu dopiero w ostatnim rozdziale, dzięki czemu, nie mamy tu do czynienia z powieścią o umieraniu, a o miłości w najczystszej postaci.

Kolejną mocną stroną Bez mojej zgody są bohaterowie. Próżno szukać tu postaci schematycznych czy nudnych, każdy z bohaterów jest inny, wyrazisty i oryginalny. Autorka niezwykle dogłębnie przeanalizowała psychikę postaci, dzięki czemu, każdy z nich wręcz ożywa na kartach powieści.  

        Jedynym zgrzytem jaki znalazłam jest samo zakończenie. Z jednej strony uważam, że jest ono jedynym, jakie jestem w stanie zaakceptować, natomiast z drugiej, wydaje mi się ono zbyt bajkowe. Nie mogę zdradzić więcej, nie spojlerując wam treści, ale jeżeli czytaliście na pewno wiecie o co mi chodzi.
               
       Bez mojej zgody jest to książka, którą z czystym sercem mogę polecić każdemu. Napisana w sposób prosty, ze wspaniałymi bohaterami i przepiękną acz smutną historią, poruszy serce  najbardziej zatwardziałej osoby. Jest to pozycja do której z całą pewnością nie raz będę wracać i na nowo poznawać historię Anny, Kate czy Sary. Polecam również filmu z 2009 roku z Cameron Diaz w roli matki, mimo że ekranizacja w pewnym momencie mocno różni się od pierwowzoru.

       Korzystając z okazji i tematyki recenzji, serdecznie namawiam do zajrzenia na stronę DKMS i rejestracji jako potencjalny dawca komórek macierzystych. Rejestracja jest niezwykle prosta i bezbolesna, a daje szanse na uratowanie życie nie jednej osobie. Kto wie, może i Ty jesteś czyimś genetycznym bliźniakiem ? 


Wszystkim kobietkom z okazji naszego święta, chciałabym złożyć najserdeczniejsze życzenia. Dużo miłości, dużo zdrowia i szczęścia oraz wielu, wielu smakowitych lektur i zaczytanych chwil :*

Źródło 

sobota, 4 marca 2017

Podsumowanie miesiąca - Luty 2017

Witajcie moi drodzy!

Mroźny luty już za nami, więc czas na podsumowanie miesiąca. W ciągu tych 28 dni przeczytałam 6 następujących tytułów, recenzje wszystkich tytułów znajdziecie poniżej ;)

źródło

Po śmierci trzeciej żony Henryka VIII Tudora, korona Anglii przypada Annie Kliwijskiej, młodej niemieckiej księżniczce, która przybywa do kraju, którego obyczaje i język są jej zupełnie obce. Niestety, nowa żona nie spełnia oczekiwań władcy, a jego przychylne spojrzenie pada na dwórkę królowej, Katarzynę Howard. Czy Annie uda ujść z życiem i nie powtórzyć losu swoich poprzedniczek - Katarzyny Aragońskiej i Anny Boleyn ? 





Uwspółcześniona wersja jedenastu znanych i lubianych baśni z czasów dzieciństwa, w nieco mroczniejszej odsłonie. Co stało się z najmłodszym z jedenastu braci, dla którego nie starczyło pokrzyw na uszycie magicznej koszuli, wobec czego musi żyć z łabędzim skrzydłem zamiast ramienia? Dlaczego Piękna chciała otrzymać tylko jedną różę, a Baba Jaga wybudowała swój domek z piernika i innych łakoci? To wszystko w "Dziki łabędź i inne baśnie" Michaela Cunninghama. 

Recenzję tej książki znajdziecie TUTAJ.


Wielki powrót najsłynniejszego brytyjskiego detektywa i jego szarych komórek. Tym razem Herkules Poirot musi rozwiązać zagadkę trzech, tajemniczych morderstw w hotelu Bloxham. W ustach wszystkich ofiar detektyw odnajduje spinkę do mankietu z monogramem PIJ. Kim jest PIJ oraz co wspólnego z morderstwami ma nowa znajoma Poirota, tajemnicza panienka Jannie? 

Recenzję tej powieści znajdziecie TUTAJ.

Bezimienny narrator podejmuje pracę stróża nocnego w oddalonym od cywilizacji tartaku, zwanym Bazą. Wiedziony niezrozumiałym instynktem, zaczyna interesować się poprzednimi pracownikami bazy, a szczególnie zmarłym przed dwoma laty Roszczukiem. Nie wie jednak, że wraz z nadejściem zimy do życia powracają demony przeszłości, które tylko czekają aby wrócić do świata żywych i zebrać krwawe żniwo. 

Recenzje tej książki znajdziecie TUTAJ.

Niezwykle udany debiut Artura Urbanowicza osadzony w przepięknych lasach Suwalszczyzny. Karolina i Tomek postanawiają wyruszyć na wycieczkę, w celu ratowania podupadającego związku. Niestety od początku nic nie idzie jak należy, co więcej już pierwszej nocy zaczynają dziać się niewyjaśnione rzeczy. Czy studentom uda się uciec przed złem czającym się w mrocznych lasach Suwalszczyzny? 

Recenzje tej pozycji znajdziecie TUTAJ




Kasia Donek marzy tylko o jednym, odziedziczyć po zmarłej babce gigantyczną fortunę i osiąść w wytwornej wilii gdzieś nad Adriatykiem. Aby jej marzenia się spełniły, kobieta musi jedynie pozbyć się swojego niewiernego małżonka. Okazuje się, że nie tylko Kasia wpadła na podobny pomysł, a z myśliwego stała się zwierzyną łowną. Czy uda jej się ujść z życiem i otrzymać bajeczną fortunę?

Recenzje tej przesympatycznej komedii kryminalnej znajdziecie TUTAJ.



Największym rozczarowaniem tego miesiąca muszę mianować Inicjały Zbrodni Sophie Hannah, natomiast największa niespodzianką Gałęziste Artura Urbanowicza i Jak Cię zabić, kochanie? Alka Rogozińskiego.

Mam nadzieję, że u was luty był równie zaczytany i pełen smakowitych tytułów jak u mnie. Dajcie znać jakie książki przeczytane w lutym uważacie za najlepsze, a które z czystym sercem zasługują na miano największej pomyłki.

Trzymajcie się cieplutko :*