![]() |
[źródło] |
Artur
Urbanowicz to jeden z nielicznych autorów, których karierę śledzę
właściwie od samego początku. Urodzony w Suwałkach miłośnik
grozy zadebiutował książką Gałęziste, która była jedną
z lepszych powieści jakie miałam okazję czytać w 2017 roku.
Niepozbawiona błędów, jednak niezwykle wciągają historia
nawiedzonego lasu jeszcze przez kilka tygodni po zakończeniu lektury
zajmowała moje myśli, rozbudzając ochotę na jeszcze więcej. Rok
później pojawił się Grzesznik, który chociaż był
zdecydowanie lepszy pod kątem warsztatu, mniej wpasowywał się w
mój gust literacki. Przyszedł więc czas, aby wszystkie te
pozytywne cechy znalazły się w jednej książce. I tak 3 kwietnia,
na rynku pojawi się trzecia powieść Artura Urbanowicza Inkub,
łącząca w sobie elementy powieści grozy i kryminału, a na której
przedpremierową recenzję serdecznie Was zapraszam.
Jodoziory,
2016 rok. W małej, urokliwej wiosce na granicy Suwalskiego Parku
Krajobrazowego,, zostają odnalezione zwłoki starszego małżeństwa.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zmarli w ciągu
jednej chwili zamienili się popiół. Kilka minut po odnalezieniu
zwłok, dach budynku ulega rozpadowi pogrążając potencjalne dowody
w gruzowisku. Do zabezpieczania terenu zostają oddelegowani
policjanci z suwalskiej policji – Vytautas Cesnauskis i Mateusz
Przekop. Na miejscu poznają młodego policjantka, który kilka
godzin później popełnia samobójstwo. Okazuje się, że mężczyzna
od lat interesował się makabryczną historią wioski, w której w
latach 70 doszło do serii morderstw, samobójstw i tajemniczych
śmierci, za które odpowiadać miała najprawdziwsza czarownica. W
imię policyjnej solidarności, śledztwo zmarłego kolegi przejmuje
Vytautas. Do jakich makabrycznych tajemnic dotrze mężczyzna ? Czy
tragedie nawiedzające wioskę to sprawka ludzi, rud metalu, a może
jednak czarów?
„Widniały
na nich poziome, równoległe, głębokie, długie na kilkadziesiąt
centymetrów ślady.
Jakby
od porysowania.
Albo pazurów.”
Albo pazurów.”
Inkub
to już trzecia książka Artura Urbanowicza, lecz tym razem
zdecydowanie najlepsza. Chociaż Gałęziste cały czas lepiej
wpisuje się w klimat horrorów, który lubię najbardziej, Inkub
przerósł je zdecydowanie pod względem warsztatu oraz pomysłu na
fabułę. Początkowo, obawiałam się czy autorowi uda się utrzymać
moją uwagę przez ponad 700 stron, jednak okazało się że zupełnie
niepotrzebnie. Historia chociaż prowadzona stosunkowo powoli,
potrafi niesamowicie wciągnąć, przez co duża objętość powieści
zupełnie traci na znaczeniu.
Akcja
powieści rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to rok
2016, kiedy to w wiosce zostają odnalezione spopielałe zwłoki
starszego małżeństwa. Drugie to rok 1970, kiedy to do Jodozior
sprowadza się Teresa Oś. Prowadzenie narracji, na tych dwóch
płaszczyznach pozwala nam na dokładne poznanie całej historii,
psychologii bohaterów oraz kontekstu niektórych zdarzeń. Chociaż
czasami nie zdajemy sobie sprawy, jaki wpływ na przyszłość mają
z pozoru zupełnie nieistotne zdarzenia, autor po raz kolejny
udowadnia że wszystko zostało przemyślane w najdrobniejszych
szczegółach i w Inkubie nic nie dzieje się bez przyczyny.
Jednak
czy Inkub w ogóle straszy? Owszem! Jednak nie zawsze w
klasycznym tego słowa znaczeniu. Wyróżniłabym tu dwa źródła
niepokoju i strachu. Pierwszy to oczywiście potencjalna czarownica i
towarzyszące jej demoniczne siły. Jeżeli chociaż trochę
śledzicie moje wpisy, to na prawno zdajecie sobie sprawę, że
wszystkie paranormalne zjawiska to mój konik i czytam o nich z
prawdziwą przyjemnością. Z tego też względu wszystkie
przerażające zjawiska wywoływały u mnie jedynie lekkie ukłucie
niepokoju. To co faktycznie przeraża w tej historii to prymitywna
rządzą ludzi do zadawania bólu i cierpienia innym. Banda Żyndy to
grupa młodych mężczyzn, która karmi się strachem pozostałych
mieszkańców wioski. Ciężko właściwie określić ich pobudki.
Jednak to co wyprawiają, jednocześnie nie ponosząc za to żadnej
odpowiedzialności, wywołuje jeszcze większe przerażenie niż
potencjalna czarownica.
„Widzi,
że przybysz, chłop, którego sami wpuścili do domu, poczęstowali
bimbrem i zaproponowali, by dołączył do stołu, ma jedną nogę
ludzką, a drugą... końską!”
Jedyne,
do czego mogę się przyczepić to sam finał historii. Jest on
przemyślany i wciągający, jednak mam wrażenie, że wszystko
rozegrało się za szybko. W tym kulminacyjnym momencie, zabrakło mi
trochę stopniowania napięcia, co pozostawiło lekki niedosyt.
Należy
jednak pamiętać, że autor stworzył nie tylko wciągająca powieść
grozy, ale również powieść niezwykle uniwersalną. Przede
wszystkim, mam tu na myśli opisy sytuacji, w której główną rolę
odgrywa eter. Tak naprawdę, wioska została przeklęta jeszcze długo
przed pojawieniem się czarownicy, a stało się to w momencie, w
którym mężczyźni zaczęli odurzać się eterem. To on, a nie
czary stał się głównym powodem nieszczęść mieszkańców. To
samo dzieje się współcześnie, z tą różnicą że eter zastępują
inne napoje lub używki. To one niszczą ludzi i sprawiają, że ten
uśmiechnięty, życzliwy mężczyzna z bloku obok pojawia się na
pierwszych stronach gazet z czarnym paskiem na oczach.
Inkub
Artura Urbanowicza to świetna powieść grozy, którą pokocha każdy
miłośnik tego gatunku. Wyważona, stopniowo postępująca akcja
wciąga bez reszty, wywołując przyjemny dreszczyk niepokoju. Do
tego świetnie rozegrany finał, który z jednej strony wyjaśnia
najważniejsze aspekty historii, ale jednocześnie pozostawia sporo
przestrzeni na własną interpretacje. Z prawdziwą przyjemnością
polecam Wam tę niesamowitą historię, oraz inne powieści autorstwa
Artura Urbanowicza.
Zaciekawiłaś mnie tą książką. Rozejrzę się za nią ;)
OdpowiedzUsuńCzytałam tylko jedną książkę tego autora i byłam nią zachwycona, więc po tę, na pewno również sięgnę. 😊
OdpowiedzUsuń